Nirvana
Nirvany nikomu, absolutnie nikomu nie trzeba przedstawiać. Czy to fan metalu, czy techno, czy lekkiego jazzu, zawsze skojarzy Nirvanę z mrocznymi, brudnymi kawałkami kapeli, która zwykła palić papierosy i popijać je alkoholem podczas koncertów. Ale nie w 1994 roku w Nowym Jorku w Sony Studios, kiedy zgodzili się nagrać koncert specjalnie na potrzeby Unplugged. Tuż po nagraniu płyty Kurt Cobain, lider grupy, zaczął coraz częściej mówić o swoich problemach. Wszyscy jego znajomi wiedzieli, że nienajlepiej jest z jego zdrowiem psychicznym, ale nikt nie spodziewał się, że zrobi to, co zrobił, czyli popełni samobójstwo. Tak się stało, a album ciągle czekał na wydanie. Być może właśnie to sprawiło, że kiedy pół roku po tym wydarzeniu wydawcy postanowili go puścić w obieg, stał się najbardziej rozchwytywanym krążkiem od kilku lat, a w kontekście Nirvany zyskał trzecie miejsce na liście najlepiej sprzedanych krążków. Jak tradycja nakazywała, grupa musiała kogoś zaprosić na koncert, by odegrał z nimi jeden kawałek. Postawili na Curta Kirkwooda, zaprzyjaźnionego gitarzystę, który grał na co dzień w innych kapelach. Drugim gościem był Cris Kirkwood, brat pierwszego, który grał na gitarze zwykłej, potem basowej, a ponadto wspomagał zespół swoim wokalem. Wielu żałowało, że nie nagrali swojego flagowego przeboju "Smells like a teen spirits".